Książę Władysław głową to potwierdził, wstał i wyszedł się znowu cieszyć widokiem milczącego grodu, który, jak skała ruchomem morzem głów ludzkich stał otoczony.
W istocie na zamku w téj chwili ruch większy widać było, bieganie za murami, zbrojnych więcéj u wałów. Tu i owdzie stożkowaty szyszak błyszczący wytknął się do góry i zniknął.
— Sposobią się już do poddania, niechybnie — rzekł w duchu książę.
Wtem konny człek dopadł do książęcego namiotu. Książę i Dobek, który za nim wyszedł, popatrzyli nań. Twarz jakąś miał pomięszaną, jakby przelękłą.
Wskazał ręką daleko, niby po za obozowe szranki.
— Tam! het — począł zdyszany — jest ich dość, walą a walą się.
— Kto? gdzie? — spytał Dobek.
— A woje! woje!
— Nasz lud?
— Nie, mówią, że dla oblężonych gromady ciągną.