Władysław popatrzał chłodno i głową strząsnął.
— Co ma być? Widzą, że nieżarty, dają nam znak, że się chcą poddawać.
Wtém tarcza znikła za murem. Oczy wszystkich na wieżę były zwrócone.
Zwolna tarcza czerwona poczęła się raz drugi podnosić ku górze i zawisła w powietrzu długo.
Kniaź Wsewołod zapytał znowu.
— Patrzajcie no, bracie miły, tarcza się wychyla raz wtóry?
— Proszą o łaskę i rękawicę — odparł uśmiechając się książę — ale rękawicy dać nie mogę.
Nastało milczenie, kazano kubki nalewać nowe, księżnéj oczy połyskiwały radością dziką.
— Juściż nie może to być znak inny, tylko że się poddać pragną — wołała rękami bijąc i spoglądając na męża. — A cóż? a co? nie zdało się męztwo nasze, nie miałam słuszności, gdym żądała, aby trwać przy swém i nie dawać się zastraszyć? A co? a co?
Gdy cześnicy nowe kubki naleli, kniaź Wsewołod, który z oka wieży nie spuszczał, trącił księcia Władysława.