— Daruj mi, miłość wasza, że w tej sukni przed nim staję, alem się zbłąkał, a nie śmiałem przed nim się tak stawić, wypadkiem się tu znalazłszy.
— Jestem Marek Jaksa z Miechowa. Biskup cugle puściwszy ręce podniósł.
— A niepoczciwy! zawołał — i mijałeś mnie tak, nie dawszy się znać?? Pogroził mu.
— A toż godziwo, ciągnął dalej, że do domu powróciwszy, dotąd do mnie po błogosławieństwo nie szedłeś? A któż ci dziś bliższy nademnie?
Jaksa z konia zlazłszy, stał przed nim jak winowajca.
— Nie wińcie mnie, rzekł Biskupa w rękę całując. Macierz tęskliwa trzymała mnie z dnia na dzień, nie odpuszczając od siebie. Dni temu cztéry, nieszczęście chciało, nieopatrznie się wybrałem na łowy i takem brzydko się w puszczach obłąkał, żem w nich o mało z głodu nie zmarł. Wczoraj pod noc dopiéro znużony dobiłem się do tego gościńca.
Biskup Janik głową potrząsał jakby nie dowierzał, wciąż pono więcéj na psy patrząc niż na bratanka. A te się téż przy swym panu ochoczo i wesoło zwijały.
— Hej, psy, prawdziwe molossy! szeptał cicho i podniósłszy głowę zawołał.
— Dokądże teraz?
— Będąc już pod miastem zachciałem je choć zobaczyć, albo co dla drogi kupić, aby znów głodem się nie morzyć. Do Waszéj miłości w téj odzieży jechać nie śmiałem.