— Ty sam niewiész o tém, a oko matki patrzy w ciebie i widzi w głąb aż do wątroby — (serca). Cóż w tém złego? Mnichem nie chciałbyś być! jeden u mnie jesteś, mnie wnuki kołysać czas. — Mnie téż pilno. — Żenić cię trzeba, — żenić. —

Zwróciła się ku księdzu. —

— Prawda, — ojcze?

— Tak — tak mówi Apostoł — szepnął ks. Marcin, potrzeba by się żenił, kto w grzechu żyć nie chce. —

Przerwał stary. — Jaksowa nagliła. —

— Mów ojcze za mną, prawda, — niech się żeni!! Ja powiedzieć tego jak ty nieumiem.

— Ani ja — ani ja, mruknął ks. Marcin. Nie nasza rzecz małżeństwa i niewiasty zalecać, bo wiele między niemi złych jest i złego wiele przez nie przychodzi a mało takich jak wy, pani matko, coś dziecku za ojca i macierz stała. —

— Jak ja? smutno się śmiejąc podchwyciła wdowa. Ja! niewiastą byłam na chwilę tylko i to krótką, los mój uczynił mnie, ot czémś ni babą ni mężem. Ani się już znam do niewiast, ani mi się godzi mężem zwać. — Matkąm ledwie umiała być, żoną począwszy aby osierocieć rychło. Poszedł mój do grobu i co niewiasty we mnie było, zabrał z sobą. Mnie za przykład nie stawcie! Ja innéj dla niego chcę, takiéj jakiéj chyba nigdzie niema, coby umiała być żoną i matką a niewiastą — bo mu i lice kraśne potrzebne i usta śmiejące się i ręce białe.

Ksiądz się ofuknął strzepując rękami. — Dajcież pokój! dajcie pokój! pani Hanno! Co synowi głowę mącisz! Niechaj sobie żony sam szuka, to najlepiéj, znajdzie ją, to pobłogosławiemy. —

Wdowa bystro spojrzała na syna.