— Niechaj szuka i sama dodała — a niech na gniazdo pamięta. — Wiana mu nie potrzeba, złota nie łakniemy, mocy téż mamy w sobie dość, ino, by poczciwa krew a serce dobre!

Ksiądz się niecierpliwie poruszał.

— Toście mnie tu widzę ściągnęli, rzekł, — abym ja jemu kazanie o małżeństwie prawił, nie moja to rzecz!

— Do małżeństwa niewiem jak przyszło — odparła stara — chciałam pytać o radę czy na dwór jechać czy nie?

Ksiądz ręce podniósł do góry, a potém głowę i oczy.

— Jam stary i ślepy, nie widzę nic — rzekł broniąc się — boję się wszystkiego. — Powtórzę com mówił, Pasterz tak chce, stryj radzi, — nie wiódłby na zgubę.

— Ja téż tak sądzę! — odezwał się Jaksa.

— A ja znam ks. Janika — przerwała matka, szanuję go, poczciw jest, lecz bystrego wzroku niema. Gdyby o psa lub sokoła szło, nie spierałabym się!

Potrzęsła głową, syn się rozśmiał, — stary ksiądz usta otworzył zdumiony śmiałą mową, bo nawykł był zwierzchników duchownych szanować. —

— Nie darmo mię poganką zwą — ciągnęła daléj stara Hanna, gdy stoi u ołtarza, pasterz on dla mnie i ojciec, a gdy w izbie siedząc u kubka ze psy się zabawia, taki człowiek jak i drudzy.