— A toć istne pogaństwo! — wykrzyknął gwałtownie ks. Marcin, grzeszna mowa! Nie taki on człowiek jak drudzy, bo namaszczony jest na żywot cały nie na godzinę jedną, którą stoi u ołtarza. — Kapłanem on i pasterzem zawsze! zawsze!
Stara poganka usłyszawszy mowę gorącą, zamilkła chmurno. — Co miała rzec dwóch przeciwko sobie znajdując? Czoło się jéj namarszczyło, podparła twarz na dłoni — nie odezwała się już więcéj.
— Matusiu — rzekł Jaksa widząc matkę smutną. — Niebójcież się wy o mnie. Kraków nie za górami. Pojadę, popatrzę, służba nie wiekuista, ani niewola.
Źle będzie, nie po myśli, precz się usunę. Niech ks. Janik nie mówi, żem łaską jego pogardził, żem radę odrzucił, niech się pan Petrek na mnie nie gniewa.
— Od Petrka zdala! zdala! mruknęła matka.
— Bogobojny to pan jest — odezwał się głowę skłaniając ksiądz. Daj nam Boże takich jak najwięcéj. —
— Wam ale nie nam — poprawiła Hanna sierdzisto. — Wam on za grzech swój płaci to go miłujecie, a ja go za grzech ten nie cierpię.
— Bóg grzechy sądzi i cnoty waży! a kto bez grzechu! — odparł ks. Marcin. — Nie rzucajcie kamieniem.
— Ja go ani sądzić nie chcę, ni widzieć, ni słyszeć o nim! — zakończyła Hanna zwracając się ku synowi, który z rumieńcem na twarzy, pozostał milczący.
Ks. Marcin nie odezwał się téż, nie mogąc dobrze zrozumieć co starą tak oburzało i w niepokój wprawiało.