Dla Jaksów nawet, choć się ci do najmożniejszych rodów liczyli, Petrkowa córka była małżeństwem wielkiém, niosła z sobą nietylko bogactwa ojca ale związki jego i znaczenie po wszech ziemiach. — Poganka jednak nie chciała jéj dla syna, obawiała się. Bogaty a tak nagle i dziwnie wywyższony ulubieniec Krzywoustego, dla starych rodów miał zawsze na sobie znamię obcego przybysza, co się gwałtownie dobił znaczenia i przywłaszczył stanowisko. Obawiano go się dla gwałtowności wielkiéj, zuchwalstwa z jakiém się wszędzie stawił, na równi chcąc być bodaj z panującemi, i szanować się każąc choć sam nie chciał uszanować nikogo. Obawiała się téż przezorna matka wciągnięcia syna przez Petrka w niebezpieczne zabiegi, w niespokojne jego i ruchawe życie. Wolała go widzieć panującym w swoim domu, niż posłusznym towarzyszem Palatyna. Miała przeczucie, że Petrek, co się zawsze rzucając szedł coraz daléj, nie pozostanie przy tém co miał, nie ograniczy się samém budowaniem kościołów, które teraz po wszech ziemiach stawił, o czém szeroko głoszono. Wielkie te ofiary saméj pobożności przypisać było trudno, tłumaczono je więc pokutą za grzechy dawne, które ludzie wymyślali przez zazdrość, bo mąż silny był współzawodnikom solą w oku.
Nasłuchała się o tém stara Hanna, i brzydziła tajemniczym tym Władyką, który urósł z niczego.
Jaksa postrzegł, że z matką już o pięknéj córce Petrkowéj mówić nie było sposobu, pomyślał sobie jednak w duchu, że gdyby ją raz przywiózł do Komorowa, Hanna by ją, podąsawszy się, za córkę przyjąć musiała, a urokowi jéj oprzećby się nie mogła.
VI
Niemal wiek cały upływał od czasu jak Szczodry na Zamku Krakowskim z Boleszczycami uczty wyprawiał. Opuszczony po nim gród doczekał się dopiero za Krzywoustego nowego życia, a z niem i miasto u stóp Zamku rozsiadające się i przedmieścia poczynały coraz bardziéj zaludniać się i ożywiać. —
Kilka kościołów wznosiło się już wpośród wałami otoczonéj stolicy, kilka domostw kamiennych widać było tu i owdzie. Reszta z drzewa budowana, wśród ogrodów i zieleni skryta, nie miała dzisiejszych miast pozoru. Nawet do koła wielkiéj targowicy wpośrodku, otoczonéj szopami na słupach wspartemi, gdzie były gospody dla kupców obcych, którzy ciągnąc przez ziemię tę, stawać w nich musieli — nie wiele wspanialéj wyglądały budowy. —
Nigdy u nas miasta samą ludnością miejscową na prawdziwe ule mieszczańskie urosnąć nie mogły; miast u nas nie znano, ino wsie i targowe rynki. — A wieś u nas, jak dwór, była obozem rozbitym wśród wygodnego miejsca, namiotem w którym się koczowało, nie zasiadając na wiekuistość. — Starodawny nałóg czysto wojowniczego i rolniczego narodu nie dopuszczał zamykać się po grodach ciasnych, chyba z musu. —
Ludzie potrzebowali roli dużo, powietrza wiele, swobody ruchu i wolności dla siebie. Nielubiono miasta jak więzienia, w mieście téż gromada panowała, człek się stawał jéj niewolnikiem, na wsi każdy w domu u siebie był panem. Obyczaj miejski przynosili z sobą cudzoziemcy, Niemcy najwięcéj.
Jeszcze dla nich nie nadszedł był czas zawojowywania koloniami swemi krajów całych, jak to późniéj rozpoczęli, ale już w dwunastym wieku wciskali się gdzie mogli bezkarnie, gdzieniegdzie z bronią w ręku, ziemi zagarniając jak najwięcéj. Nienawidzony Niemiec od pierwszych Piastów płynął do Polski potajemnemi drogami, wioząc towary, przynosząc religijną naukę, rozpościerając się po dworach pańskich, w których wszystko poczynało być niemieckie, żony, sługi, dwory, księża, zbroje i sprzęty. —
Cesarze, książęta dawali chętnie siostry swe i córki do Polski, wiedząc, że tym sposobem drogi sobie do niéj ścielą. Niemogąc orężem pokonywano Mieczysławów i Bolesławów wpływem ich żon, które choćby nawet z klasztoru brać im dopuszczano — byle królowały. Za księżną szedł kapelan, marszałek, służebne, rycerze, język, obyczaj. — A że trochę ogłady od Włochów nabrali niemieccy książęta, tu się ona podobała i przyjmowała.