— Jaksa! — zawołali prawie razem.
— Żem ja tu się znalazł, dziwu niema — rozśmiał się Jaksa — bom ja na swojéj ziemi i niedaleko od swojego gniazda — ale wy??
— Ja? — odparł Helmut. — Trzeba, żebyście wiedzieli, mój miły, że prawdziwemu rycerzowi gniazdem jest ten ziemi kawałek, gdzie on zatknie włócznię swą z proporcem. Potrzebna mu włóczęga i szukanie przygód. Dopiero na starość, gdy nogi się połamią, grzbiet zgarbi, siada gdzieś w staréj jak sam dziurze, aby tam kości położył!
— Ale cóż cię tu do nas mogło przyprowadzić?
— Ochota przypatrzenia się jak się tu u was żyje, co na północy za rycerstwo? jak wyglądają dziewczęta wasze! — rozśmiał się Helmut. — Ja bowiem żyję dwojgiem tylko, wojną i miłością.
— Toś się do nas źle wybrał, przyjacielu — rzekł Jaksa — wojny pod czas nie mamy, Bogu dzięki; niewiasty nasze po waszych trudno aby się wam podobały!
— Jestem przy dworze ks. Agnieszki — odezwał się Niemiec — nie jest tu tak źle bardzo. Naprzód, że ma przy sobie dosyć naszych dziewcząt niemieckich, a potém — boć to nikomu nie tajno, dwór to dziś jeszcze książęcy, ale wprędce urośnie, królewskim się stanie, więc jeszcze przybędzie mu rycerstwa i niewiastek...
Jaksa niedowierzająco potrząsał głową.
— No — a ty? — spytał go Helmut.
— Ja także na ten dwór się myślę dostać, ale jeszcze nie wiem sam czy będę przyjęty i czy się pomieszczę.