Niemiec słuchał już roztargniony, spieszył się i wyrywał, podglądał w ulicę, szepnął coś żywo na ucho Jaksie, podał mu rękę i pobiegł. Łatwo się było domyśleć, że gdzieś piękną mieszczkę miał upatrzoną, za którą gonił. Polowanie to jednak nie musiało się poszczęścić, bo w pół godziny wrócił do Jaksy kwaśny, zły, po niemiecku klnąc polskie dziewczęta, że się do nich zbliżyć nie było podobna.

Siedli razem w izbie, którą dla gościa Lorkowa opróżniła i teraz dopiero szerzéj się rozmówić mogli. — Helmut pochwalał bardzo Jaksie, iż na dwór księcia a raczéj księżnéj przybywał, gdyż znać się zdawał tylko ks. Agnieszkę. Zapewniał, że pani młode twarze i młodych ludzi lubi, a rada się świetnym ich otaczać orszakiem.

— Ja bo księżnie służyć nie myślę — przerwał Jaksa.

— A komuż? — spytał Helmut.

— Księciu — rzekł Marek.

Rozśmiał się Niemiec i dziwną zrobił minę, jakby go sobie bardzo lekko ważył.

— Nie ujmuję waszemu księciu — rzekł — zacny pan jest, ale masz to wiedzieć, żeć przecie przy siostrze cesarskiéj on wiele znaczyć nie może. Kiedy ją brał ks. Władysław łacno mógł obrachować, że ona tu panować musi.

— To u nas nie jest w obyczaju — rzekł Jaksa.

— Nie wiem co w obyczaju — odparł Helmutt — lecz kiedy was to szczęście spotkało, że wam dano przyrodnię cesarską — musicie ją poszanować. Ona téż sama wie, co jéj należy i nie da o tém drugim zapomnieć.

Udasz się do księcia, on sam nie uczyni nic, odeśle cię do Dobka, Dobek zapyta ks. Agnieszki, a że ona zwykła się zdawać na niego, wyszłoby na jedno, gdybyś od razu wprost Dobkowi się pokłonił!