— Trafiłeś na takiego co więcéj zgaduje niż wie — począł Helmut — zawsze jednak pono lepiéj od ciebie będę uwiadomiony. Co do pana Dobka, mnie się on na pewno wydaje Niemcem, choć on i za waszego brata uchodzić i sprzedawać się umie. Za młodu pono dostał się do was, żył i tu, powracał do Niemiec, chleba kosztował wszelkiego, jest tym kim mu być potrzeba. U księżnéj Agnieszki on wszechmocnym, marszałkuje u niéj, u króla, nadwornemu rycerstwu hetmani, trzyma od skarbca klucze, jest pierwszym doradzcą — a reszty możesz się sam domyśleć, bo mi się mówić nie godzi.
Śmiać się począł Helmut.
— Chcesz rady i przestrogi — dodał — masz wiedzieć, że tu niema w Krakowie jeno księżna pani, a Dobek — książę się z dziećmi bawi, na łowy jeździ, gonitwy sprawia i wczasu używa.
Do niego ci darmo iść i prosić o cokolwiekbądź — nie może nic.
— Mam silne polecenia i listy od stryja mojego biskupa — wtrącił Jaksa.
— Zostaw je w kieszeni — przerwał Helmut — więcéj ci to zaszkodzić niż pomódz może. Choć obcy nasłuchałem się przypadkowo mów różnych. — Z biskupami my tu niekoniecznieśmy w przyjaźni. Od Wrocławia zaś zawiewa owym Petrkiem, którego tu nienawidzą. Dobek zazdrości mu i odgraża się nań. Wnet Cię w podejrzenie podadzą listy i niechęć ściągną.
Roztropny Niemiec w istocie życzliwą dał radę i Jaksa musiał uznać, że miał słuszność. — Potrzebował się dobrze rozmyśleć co miał począć teraz, a gdy Helmut po długiem posiedzeniu go pożegnał, Jaksa, który gotów był na dwór jechać, wstrzymał się, ważąc z sobą, jak postąpić. — Ciągnęła go młodzieńcza ciekawość, — wstyd się było cofać, a lękał fałszywego postawić kroku. Zrażało go od dworu to szczególniéj, iż ten nieprzyjaciół Petrka miał być pełen, a on właśnie dla niego i rodziny najgorętszą powziął życzliwość. Z drugiéj strony jeźli co knowano, czy nienależało mu rozsłuchać się, dojść, aby w porę ostrzedz zagrożonego?
Tak jeszcze wahając się, poszedł tego dnia na dwór biskupi, niosąc pokłon od ks. Janika.
Po wrocławskim biskupim dworze, tutejszy wcale odmienną miał postać; podwórca stały ciche, ludzi było nie wielu, spokój wielki, duchownych więcéj niż rycerzy, niż sług i świeckiéj drużyny. A świeccy nawet tutaj mieli w pół klesze postawy i obejście.
Przystęp do pasterza nie był trudny; wpuszczono go natychmiast. Staruszek przygarbiony z twarzą łagodną, włosy siwemi, wyszedł powolnym krokiem ku niemu na kijku się opierając. Był to Rupert Korabita, niegdy także wrocławski pasterz, potém krakowski, mąż miłujący spokój, dla ubogich dobroczynny, wszystkim przystępny, ale już podeszłym wiekiem oderwany od świata i więcéj o przyszłych myślący rzeczach. Pierwszy to był pono pasterz w Polsce, co po kilkudziesięciu leciech pasterstwa w jednéj owczarni, przeszedł z niéj na drugą.