— Nie, wprost z domu na dwór wasz idę — rzekł Jaksa.

Ks. Władysław zdawał się coraz bardziéj zdumionym.

— Rycersko pewnie służyć byście radzi — rycersko? bo to wam przystało.

— Co Miłość Wasza rozkażecie, spełnię — odparł Jaksa.

Podniósł rękę książę, dumał niepewny jakiś i rzekł w końcu. —

— Dobrze — do Dobka z tém. To jego rzecz — tak — do Marszałka, do Dobka!

Powiódł oczyma do koła, ziewnął kładnąc krzyż na ustach prędko, uśmiechnął się, dobrotliwo młodzieńca po ramieniu poklepał, — mruknął — piękny chłop! i począł iść daléj. Jaksa stał nie wiedząc co ma czynić. —

Rozkazanie pańskie spełnić było potrzeba; zawrócił się nazad w podwórze i rad nie rad, u dworzan pytać począł o Marszałka Dobka, bez którego nic się tu nie działo.

Marszałek był już u swéj pani, czekać mu nań kazano. Miał czas dworowi się przypatrywać, wesołemu, strojnemu, ruchawemu, a znać w dobrym bycie, bo sobie wszyscy cugli puszczali. —

W ubiorach wielka panowała rozmaitość i przepych, tu i owdzie słychać było nawoływanie tytułami różnemi, oznajmującemi o nieznanych jakichś urzędach i urzędnikach dworu księżnéj, jakby na cesarskim mnogich a obco brzmiących.