Na te zjadliwe i pełne nienawiści wyrazy, Jaksa nie odpowiedział wcale, słuchać mu ich było przykro. Marszałek raz wpadłszy na to pohamować się nie mógł i sierdził coraz mocniéj, wybuchał, szydził niemiłosiernie. Rozgadał się tak nad miarę.
— Dużo u nas panów i panków, mówił, na tych ziemiach, które księciu naszemu, jako starszemu wszystkie należą, dużo narodziło się wszelakich... Godziłoby się uczynić trochę ładu, aby znali kto tu panem.
Jaksa patrzał tylko i słuchał, a milczenie biorąc za potakiwanie, Marszałek brnął śmieléj coraz. —
— Strach co panów mamy, ciągnął daléj. — Oprócz świeckich toć i Biskupi na równi stoją z świeckiemi książęty! Ks. Jakób ze Znina na Gnieźnie właśnie tak nad niemi głową jak książe Krakowski nad braćmi!! Niewiedzieć kogo słuchać i kłaniać się komu!
Ruszył ramionami.
— Nasz pan w tym tłumie, choć najwyższym powinien być, ledwie go widać, a dotąd i mało o nim słychać było!!
— Wszyscy mu jednak należnéj czci nie odmawiają — szepnął Jaksa.
Bystro nań spojrzał Dobek.
— Nie bójcie się — zawołał, nie da on sobie jéj odjąć! Dobry jest i powolny do zbytku, ale z tego snu gdy się przebudzi, potrafi nakazać posłuszeństwo!.. I czas téż aby okazał że dba o władzę swoją, czas! czas!!
Nie dobywszy więcéj nic z Jaksy Dobek popatrzał mu w twarz, jakby w niéj chciał myśl wyczytać i zakończył.