— Nie w łeb ale w jedno a potém w drugie oko z kolei, gdy oślepnie dopiero go zwalić — rzekł inny.
— Cóż to za Petrek? spytał Jaksa towarzysza, uderzony tém przezwiskiem.
— A jakiżby miał być jeżeli nie Wrocławski ów, którego Dobek cierpieć nie może — rzekł Helmut — ale o tém potém, patrzno, w tarczę...
— W oko! wołał ktoś z boku. Arnulf począł mierzyć kuszę oparłszy, i puścił bełt, który poszedł utkwić w prawo po nad głową i czapką narysowanego pana Petrka.
Tymczasem Jaksa chwycił inną kuszę na ziemi leżącą, obejrzał ją, a gdy Arnulf swą ze złością cisnął, podjął tę porzuconą i począł naciągać w milczeniu. Wszyscy się z wielką uwagą przypatrywali.
— Do Petrka żadnego ja strzelać nie myślę i nie będę, bo mi ani żyw ani namalowany nie zawinił nic, do czegóż mam? Hę? wszak ci tam nad tarczą pręt stoi?
Arnulf się rozśmiał szydersko — inni głowami potrząsali. — Jaksa położył kuszę na widłach i mierzył długo a uważnie.
Brzękła struna, spojrzeli wszyscy chciwie, bełt tkwił w kołku i drgał jakby się z nim pasował.
Arnulf słowa nie rzekłszy zawrócił się i poszedł ku dworcowi sam, a Jaksa kuszę położywszy pożegnał dworaków zdumionych i do gospody pociągnął.