— Ojcze mój, zawołał Jaksa — radbym z duszy, ale dziś to nie może być. Z pilném poselstwem jadę i do rodzonego bym z drogi nie nawrócił.
Stary się począł sierdzić. —
— Jesteście druhem Palatynowi Petrkowi, rzekł Jaksa. —
— Nie pytaj o to, bo wiesz! zawołał Zaprzaniec.
Marek począł opowiadać jak rzeczy stały w Krakowie, zasępił się Żegota.
— Bóg z tobą, jedź sobie — rzekł, ale koniom musisz gdzieś dać wytchnąć, niech ludzie sporządzą naroki, my siądziemy. —
Poszli pod drzewa, wzdychał Zaprzaniec.
— Znowu krew się poleje, rzekł, jak ze mną bracia tak Władysław chce z bracią poczynać. — Ustąpcie mi, oddajcie, sam panować będę!! Rycerstwo nie zabieży, a na jego karkach się to skrupi. — Jedź do Petrka, gdybyś ty nie jechał, ja stary bym pospieszył. Niech radzą, niech się opierają, niech nie dopuszczą...
Władysław niema ojcowskiéj siły, aby wszystko w jednéj utrzymał garści a i nie pora po temu. Księża Biskupi nie radzi jednemu panu, a co oni chcą to będzie. Dziś oni tyle albo więcéj co książęta znaczą, i co pożądają ziści się, a czego zabronią nie ostoi się. —
Bieżcie dniem i nocą do Petrka, niech przybywa z radą, z groźbą, aby daremnéj wojnie zabiegł.