— Jeżeli jeszcze pora! dodał Jaksa. Gdym na Zamku w Krakowie był już o posłach z Kijowa gadano, o przymierzach z Rusią, i o pułkach a gromadach, które na pomoc ciągnąć mają.
Posiliwszy się jeleniemi naroki, przegadawszy chwilę, wstali rychło, Zaprzaniec ludzi zwołując, Jaksa do dalszéj drogi.
Żegnali się jak ojciec z synem. —
— A będzieszli tu u nas w Krakowskiém, rzekł znowu ściskając go stary, zajeżdżaj do mnie. Na ustroni żyję, ludzi mało widzę, rad cię u siebie ugoszczę...
Rozstali się tak, a z rozmowy z nim Jaksa do większego jeszcze pospiechu wziął pochop, tak że dniem i nocą do Wrocławia biegł, koni nie lutując...
Była północ gdy pod dwór pana Petrka podjechał Jaksa. Choć o tak późnéj godzinie, u wrót tam straż była, która nigdy nie zasypiała i pilnowała parkanów dniem i nocą. Gdy do zapartéj bramy zakołatano, znaleźli się ludzie pogotowiu, i starszy oznajmił, że Petrka budzić nie będzie potrzeba, bo się jeszcze u niego świeciło. —
Wnet kazał się do niego prowadzić poseł, nie chcąc tracić ani chwili. —
Petrek w swoich izbach własnych, jak prosta chata urządzonych, na pół rozdziany, podobny do starego chłopa, który tylko co robotę porzucił, w koszuli grubéj i ladajakim przyodziewku, siedział na ławie.
— A was tu co o takiéj porze przyniosło? zawołał Jaksę poznając.
— Pilna sprawa, bez któréj bym się wam spoczynku kłócić nie ważył, odparł przybyły. Takiem polecenie miał od Palatyna Wszebora, od biskupa Ruperta, i od rozumu własnego, aby was co rychléj zawiadomić co się gotuje w Krakowie. —