Darmo sobie powiadał Jaksa, że się oczyma zdradzać niepowinien, że mu w nią patrzéć jak w tęczę nie godziło się, mimo to ścigał ją oczyma sam nie wiedząc o tém. W krótkiém tém przejściu ze dworu do kościoła nie stracił żadnego jéj ruchu, skinienia żadnego, a ile razy zwróciła się ku bratu, chwytał część jéj twarzyczki, szept, nawet szelest sukienki, który go dreszczem jakimś przejmował. —

Dwa czy trzy razy oczy jego spotkały się z jéj niebieską źrenicą, i natychmiast trwożliwe powieki opadały na nie przesłaniając mu ich blaski.

Raz gdy w furtce ku kościołowi zawracać się musiała, Jaksa zobaczył ją z boku, potém gdy ze drzwi kościelnych wchodziła, a gdy się odwróciła od niego patrzał na ramiona, na fałdy sukni, na zasłonę co ją okrywała, i nie mógł oderwać oczu — Zdało mu się że takiéj istoty i takich sukni, i takich ruchów drugich na świecie nie było. — Nie zważał nawet że Światosław, który mu w ciągu tego pochodu pilno się przypatrywał, kilka razy przemówił do niego, a nie otrzymawszy odpowiedzi, szydersko się uśmiechnął. W kościele mszą odprawiał Opat. Po niéj nastąpiło całowanie pacyfikału i błogosławieństwo na drogę; do którego za panem Petrkiem kląkł i Jaksa.

Wnet potém tym samym porządkiem wracali nazad z kościoła. Błogosława teraz śmielszą była i weselszą, częściéj się zwracała do brata, śmiejąc się doń i mówiąc głośniéj, tak że Jaksa mógł ją słyszéć. Napawał się temi dźwiękami, ale do rozmowy z piękném dziewczęciem ani prawa nie miał ni odwagi.

Nie było téż miejscem po temu, cmentarz i podwórze, a gdy do dworu się zbliżyli, Petrkowa z córką znikła, wchodząc do téj części domu, która dla niewiast była przeznaczoną.

Wchodząc we drzwi za matką, pewnie ku bratu zwróciła główkę Błogosława, a że zasłona opadła jéj na oczy, odchyliła ją ręką, spojrzała, spotkała wzrok tuż stojącego Jaksy, i — zdało mu się może, jakby go bardzo nieznacznie głowy skinieniem pozdrowiła. —

Nie upłynęła chwila potém gdy Światosław szepnął Jaksie, iż pani matka chce z nim mówić na osobności. — Niepomału zdziwiwszy się temu Jaksa, z wielkim pośpiechem za Światosławem poszedł, który bocznemi drzwiami wprowadził go do świetlicy saméj pani.

Izba była tak bogato strojna jak te, w których ona gości przyjmowała; tu ona z córką i służebnemi robotami się zajmowała. Stały więc, wśród hodowanego kwiecia różnego krosna ogromne z oponami na nie naciągnionemi, po których motki i kłębki leżały porozrzucane. W jednym rogu stał do tkania warsztacik, w drugim ławy dla prządek, co krasną wełnę purpurową snuły. W izbie nie było nikogo oprócz pani Petrkowéj, która teraz, gdy zrzuciła płaszcz, a okazała się w sukni obciślejszéj, z głową odkrytą, na któréj małe tylko czółko miała, jeszcze jako wielce urodziwa niewiasta z niejedną młodszą mierzyć się mogła.

Wdzięk jéj i to podnosiło że o nim wiedząc nie zaniedbywała się, strojna chodziła zawsze, i nikt jéj nigdy opuszczoną nie widział. — Przy córce nawet, która zdała się nierozkwitłém dziecięciem, poważna pani w pełni wdzięków stawała nie lękając się przyćmienia.

Ręce znać umyślnie, jak to zwykły były już onego czasu księżne i panie czynić, hodowała wybielone, miękkie i okryte pierścieniami okazywała na jaw, aby widzieli wszyscy, że niemi pracować nie potrzebowała jak inne niewiasty. — Nigdy Jaksa nie widział pani tak poważnéj a razem tak wypieszczonéj, tak zda się stworzonéj do tego tylko, ażeby w miękko wysłanym teremie, dumała i śpiewała za kratą. Smutek pański, dumny jakiś oblewał lice jéj białe, przejrzyste, trochę znużone, pociągające cichego bolu jakiegoś wyrazem, odstręczające wnet chłodem.