Gdy Jaksa wchodził, w drugim rogu świetlicy stała jeszcze poprawując złotych włosów Błogosława — ale natychmiast zniknęła. — Spojrzała nań tylko nie sromając się jak na domownika, i włosy zgarniając białemi rękami — uszła. Zjawisko to tak było uroczo piękne, że pokłon matce oddając, w tamtą stronę Marek oczy wlepił i patrzał w drżącą zasłonę, jakby się jego powrotu spodziewał.
Błogosława już się nie ukazała więcéj, tylko zasłona poruszała się, marszczyła, składała, jakby za nią stał ktoś żywy.
Petrkowa z powagą przybliżyła się do Jaksy.
— Jedziecie z moim panem, rzekła do niego — słyszę że do Wszebora. Bogu wiadomo dokąd, ja muszę wierzyć, że tam gdzie on powiada!! Jedziecie z nim, miły panie — powtórzyła głosem powolnym, przedłużając każde słowo, jakby się z niem pieściła — pozwałam was prosić, abyście mi nad nim czuwali. Ufać wam musi gdy bierze z sobą, do boku, strzeżcież go, proszę. On sam nieostrożnym jest, śmiałym i gwałtownym... Zdrowia swojego nie lutuje, ludzi nie szczędzi ni w słowie ni w obejściu. Patrzcie, proszę, aby mu się co złego, przez prętkość jego, nie stało.
Ile razy odjeżdża w trwodze mnie rzuca, niemam tu nikogo krom niego, ni brata ni ojca! Pilnujcież go, dobrze, proszę, a strzeżcie.
To mówiąc popatrzała na stojącego młodzieńca oczyma niebieskiemi, w których coś było wejrzenia córki i wdzięku jéj.
Zdjęła piękna pani pierścień z palca z okiem dużem, i poczęła okręcać w ręku trochę zakłopotana.
— Wiem że to wam niepotrzebne, odezwała się wyciągając go ku niemu, bo wy swoich klejnotów dość doma macie, ale, byście o méj prośbie pamiętali, proszę weźcie go odemnie.
— Miłościwa pani — odpowiedział Jaksa — i bez pierścienia przykazania waszego nie zabył bym pewnie.
Białą ręką, którą ucałował, wcisnęła mu pierścień, uśmiechnęła się smutnie, westchnęła i dodała.