— Pan mój gorący jest w gniewie, hamować go trzeba, w szyderstwie strzymywać, ale dobrym w sercu jest i lada wejrzenie pamięć mu przywraca. Strzeżcie mi go, a powracajcie z nim zdrowi, abym wam dziękowała.

Sama potém Petrkowa rękę mu dała do pocałowania, a gdy oczy ku zasłonie zwrócił, ujrzał ją uchyloną, i w niéj piękną twarzyczkę, która mu skinąwszy na pożegnanie, znikła.

Nie mówili do siebie słowa, nie znali się prawie, a może już się kochali. — Tak się za owych czasów niemą miłość rozpoczynała, często długo podsycała tylko oczyma, wejrzeniami tłumaczyła, i w ciszy téj dorastała do takiéj siły, że gdy potém ludzi dwoje co do siebie nie przemówili słowa, zbliżyć się mogli, nie potrzebowali już wyrazu — padali sobie w objęcia, pewni że oczy ich nie kłamały. —

Niewieście wstyd było z obcym mężczyzną mieniać słowa, ale oczom otwarte drogi, im wolno wszystko. — Przez długie lata mogły żywić ogień, który za pierwszém wybuchał spotkaniem, tak gwałtownie że go nawet niewieści wstyd powstrzymać już nie zdołał. Dziś na słowa roztapia się miłość, rozwiewa, stygnie, oziębia i z niemi na cztery wiatry leci. — Ongi inaczéj bywało!..

VIII

W komnacie Zamku Krakowskiego, na złoconém krześle, siedziała lat średnich pani, wzrostu, jak na niewiastę, wyniosłego dość, twarzy przeciągłéj, oczu czarnych, cery zżółkłéj, ni piękna ni brzydka, ni młoda ni stara, z wyrazem gniewnéj dumy na czole i w wejrzeniu. Strojna była w powłoczyste szaty jedwabne, bogate, tak jak się ubierają niewiasty, które o wdzięku swym nie myślą albo oń nie dbają, lub go nie rozumieją — bo wiedzą że mają go czém zastąpić. —

Szata zsuwała się jéj z jednego ramienia, włos rozplątywał na jednéj skroni, pas zchodził z biodr, płaszcz opadał — nic się ją to nie zdało obchodzić. Chude, kościste ręce z pod długich wystające rękawów, prawie męzkie miały kształty; noga co się z pod rąbka sukni wysuwała była duża, płaska i silna. Coś męzkiego miała w rysach, ale brzydką nie była. Gdy twarz jéj zapałała ogniem, oczy się zaiskrzyły, usta ścisnęły, gdy nakazując wyprostowała się dumnie, chcąc okazać swą siłę, jeśli nie wdzięku nabierała mocy jakiéjś, któréj się oprzéć było trudno.

W wejrzeniu jéj oczu, naprzemian to gorącość jakaś niecierpliwa, to wzgarda, to straszna duma przebłyskiwała. — Ruchy miała majestatyczne, jakby wyuczone, a jednak żywe i gwałtowne.

Była to księżna Agnieszka.

Naprzeciw niéj, na ławie okrytéj, z rękami założonemi siedział mąż jéj ks. Władysław. Osobliwy miał w téj chwili wyraz twarzy, która się często zmieniała, znękany, zrezygnowany, zastygły. Oczy zwracał to na małżonkę, to na ziemię, to niby szukał niemi czegoś po ścianach, znaleźć nie mogąc. Zapatrywał się pilnie w gwóźdź błyszczący u krzesła księżnéj, w ścianę, w okno, unikając spojrzenia na żonę. Dwoje ich widząc tak razem niepotrzeba było wielkiego wróżbita, by odgadnąć kto z nich rządził, a kto słuchał, kto był czynną siłą i bierném narzędziem. Zahukany książę, czasem miał błyski własnéj woli, ale ta rychło odparta chowała się do głębi. — I w téj chwili wytrzymywał napaść gwałtowną.