— Nie dla siebie, dla mnie trzeba, byś ty je miał.
Spojrzała nań: skłonił głową posłuszny.
— Najprzód idź, sprobuj, pytaj, czy cię puszczą; zdradź mnie: mów że mi służyć nie chcesz, aby ci dali wiarę. Zrób co chcesz. Na piersiach nosisz mój skarb i poniesiesz go: ja ci go powierzam. Rozumiesz mnie Zakliko?
Podała mu rękę drżącą.
— Jednemu tobie wierzę! w tobie jednym ludzka dusza mieszkała. Nie zdradź mnie ty ostatni!
— Ja? — oburzył się Zaklika — i oczy tak mu dziko błysnęły, że się Cosel cofnęła. Ja? — powtórzył i strząsł się.
— Umrzéć mogę, ale zdradzić?
— Więc trzeba żebyś ty był wolnym, bez podejrzenia wolnym... Idź.
Nie można było mówić długo, Rajmund wyszedł: nazajutrz go pół dnia nie było. Powrócił wieczorem, prowadził z sobą najętego sługę i dziękował za służbę.
Cosel miała siłę odegrać scenę gniéwu i wyrzutów, bo gospodarz i gospodyni słuchali podedrzwiami.