Choć Cosel z trudnością rozeznała głos jego stłumiony, stara ruszyła się jakby posłyszała swe imię; podniosła głowę wychudłą dumnie, strzepnęła długiemi włosy które ją wkoło obwieszały, i zdawała się obrażona szukać oczyma czarnemi winowajcy co śmiał wymówić jéj imię.
Cosel niezważając na podziw tych co ją otaczali zwolna zbliżyła się do staréj. Przez chwilę śmiało obie patrzały sobie w oczy.
— Kto ty jesteś stara? — spytała w końcu Cosel — żal mi twych siwych włosów sponiewieranych w pyle i nędzy twéj; powiédz dlaczego jesteś tak biédna? jak...?
Mlawa potrzęsła głową.
— Ja nie jestem biédna — odezwała się dumnym głosem — ja w sobie noszę jasnych lat pamiątkę, ja tu jeszcze jestem czém był mój ród dawniéj: królową...
— Ty? królową? — rozśmiała się Cosel...
— Tak! mogłam być nią, bo krew królów téj ziemi starych płynie we mnie, tak jak ty... choć dziś królową jesteś, możesz być jutro nędznicą mnie podobną... Na świecie wszystko możliwe...
— Jakich królów, jakiéj ziemi? — poczęła zadumana Cosel — ty?
Stara podniosła rękę i wskazała kraj dokoła.
— Wszystko to było nasze... wszystko, pókiście wy nie przyśli i ziemi nie skuli, a nas nie wybili jak dzikiego zwierza. Bo myśmy byli dobrzy i szliśmy z chlebem, solą i pieśnią, a wyście szli z żelazem, żagwią i śmiechem... I siedliście i rozmnożyło się plemie Niemców i wyparło nas z ojcowizny... To ziemia moja! — powtórzyła zadumana — i choć tu żyć nie mogę, ja umrzéć tu muszę... Ztąd dusza do swoich znajdzie drogę...