— Widzisz, królu, słyszysz, na to ja zeszłam, że mnie w oczach twych lada służalec, najemnik bezcześci, a ty stoisz niemy, obojętny, nie umiejąc ani mnie obronić, ni mnie pomścić.
Załamała ręce. Król łagodnie i spokojnie podstąpił do Flemminga.
— Panie generale — rzekł — ja cię proszę o zgodę, to nieznośne. Oboje mi jesteście drodzy, potrzebni. Mamże ja cierpiéć za waszą popędliwość?
— W. Kr. Mość nie potrzebujesz ani słuchać, ani patrzéć na to; zostawić możesz sprawę naszą nam samym: los ją rozstrzygnie wkrótce.
Wyczerpawszy wszystko co tylko mogła powiedziéć, Cosel rzuciła się na kanapę z oznakami gniewu. Król nie widząc środka ani uspokojenia rozgniewanego także i trzęsącego się Flemminga, ani złagodzenia rozjątrzenia hrabinéj, podał rękę generałowi i odprowadził go do drzwi.
Nim wyszedł Flemming okiem pełném zemsty i gróźb rzucił na hrabinę, któréj wejrzenie odpowiedziało mu takiemiż obietnicami. August zaczął się przechadzać po sali zamyślony, znać było jednak że zajęty może sprawami ważniejszemi, całéj téj kłótni nie brał tak bardzo do serca.
Cosel i ku niemu wejrzała okiem, w którém wyrzuty gorzały.
— A! królu — rzekła — na tom ja zeszła, na to, aby mnie twoja służba w oczach twych obrzucała takiemi wyrazy! To mój los. Flemming poszedł szydzić z téj którą wybrałeś, którą mówisz że kochasz... i ja słabszą jestem od niego.
— Kochana hrabino — odpowiedział król spokojnie — wszystko co mówisz dowodzi tylko że mojego nie znasz położenia. Flemming w tej chwili jest jak prawa ręka potrzebny w Polsce; zrazić jego dla siebie, jest wyrzec się korony. Tego po mnie wymagać nie możesz i tego ja jako król nie uczynię. Przekonałaś się że nie odmawiam ci ani najwyższéj chęci, ani miłości, ani ofiar... ale wszystko ma granice. Wprzódy nim kochankiem zostałem Cosel, byłem królem.
Namarszczona, straszna, wściekła, Cosel rzuciła się do Augusta.