Po długich szeptach i naradach, dwie przyjaciółki rozstały się w jak najlepszéj zgodzie, a marszałkowa odprowadziła podskarbinię aż do powozu.
W kilka dni potém król i Flemming nadjechali. Przebendowska mieszkała w jednym domu z nim, mogli więc poufnie mówić tego wieczora i szepnęła mu o Denhoffowéj.
Trochę skrzywił się generał, bo zasłyszał był coś o różnych dawniejszych trzpiotowstwach; ale czyż to być mogło zawadą?
— Królowi — rzekł — dosyć pokazać się umiejętnie, dość trochę wyzwać go zalotnie; znudzony jest: weźmie go która zechce. Żeby więc inna nie wzięła... trzeba mu tę nastręczyć.
Przebendowska opisała charakter i powierzchowność swéj protegowanéj.
— Ale daż się ona skłonić? — spytał Flemming.
— Gdyby to mogło być wątpliwém, mam matkę jako sprzymierzeńca — cicho odpowiedziała kuzynka.
Nazajutrz generał chciał poznać sam panią Denhoff nimby się coś postanowiło. Wieczorem zawiozła go siostra do marszałkowéj. Bawiono do późna, Pociejowa i Denhoffowa śpiewały, ostatnia przybierała minki melancholiczne i smętne, potrzebującéj pocieszenia nieszczęśliwéj istoty. Flemmingowi się to nie podobało, bo król w tém się nie kochał. Lecz po kilku dniach poszukiwań, wrócić musiano do Denhoffowéj, znajdując ją mniéj niebezpieczną niż inne. Nauczony doświadczeniem Flemming lękał się najwięcéj ambicyi i chęci panowania. Denhoffowa płochą była, zalotną; lecz ani zazdrosną, ani marzącą o władzy: lubiła żyć.
Postanowiono próbę.
Flemming wszakże musiał się wprzódy rozmówić z Vitzthumem. Uchodził on za przyjaciela Cosel, chociaż już staraniem żony znacznie był dla niéj ochłódł. Flemming miał przewagę wielką w sprawach kraju, ale tam gdzie szło o kobiéty i rozrywki, Vitzthum przodował, król bez niego nie robił nic. Byli z sobą poufali: bez pomocy jego obejść się nie było można.