Van Tinen smutnie na to odpowiedział:
— To pewna, że nieszczęśliwa kobiéta.
— Nieszczęśliwa! sama sobie winna! Trafiały się jéj najlepsze partye, najwierniejsi sprzymierzeńcy, oszalała na tém przyrzeczeniu ożenienia, sądzi się ciągle królewską żoną, niemal królową? czy i dotąd?
— Tak się zdaje, bo w niczém mi się nie zdaje zmienioną — rzekł van Tinen.
— Ale mówże wyraźniéj, opisz coś widział? — nalegał Löwendahl.
— Przyznaję się wam, iż to com widział i słyszał serce mi zakrwawiło. Zawzięta jest, gniewna, nie przebaczy nigdy; ale w nieszczęściu swém wzbudza uszanowanie: jest doprawdy cudowną, jest wielką.
— Więc tém niebezpieczniejszą — dodał śmiejąc się Löwendahl — ale zbrzydnąć musiała?
— Zbrzydnąć? — podchwycił piérwszy — piękniejszą jest niż kiedykolwiek była, ani śladu łez, ani bolu na téj marmurowéj twarzy. Od lat ośmiu najmniejszéj zmiany w świeżości, najlżejszego zmarszczka: promienieje młodością.
— Tém gorzéj! — powtórzył Löwendahl — tém gorzéj; król mógłby ją zobaczyć, a po zwiędłéj zawczasu twarzyczce Denhoffowéj, znowuby na nim mogła zrobić wrażenie.
— Niewątpliwie — potwierdził van Tinen — bo je czyni na każdym.