— Mówiłeś z nią?
— Tak jest, a raczéj ona mi się wylała z całą goryczą.
Powoli dał z siebie wyciągnąć szambelan, co marszałkowi wiedziéć potrzeba było i doniéść zwiększając Denhoffowéj. Jakkolwiek płocha i lekkomyślna, jakkolwiek złośliwa, bojaźliwa o siebie i bronić się pragnąca na wszelki sposób, Marynia Denhoffowa tak bardzo złą nie była, żeby kobietę nieznaną, biédną, któréj największą krzywdę już wyrządziła, chciała pozbawić ostatka swobody... Przykrzyło jéj się to naleganie nieustanne i postrachy, byłaby się opierała może, gdyby nie pani Bielińska, która zmuszała ją być ze wszystkiemi dobrze i nie sprzeciwiać się faworytom króla, aby swe panowanie przedłużyć.
Löwendahl tegoż dnia stawił się u pani Denhoffowéj, wybrał godzinę gdy sama była z siostrą i począł od pochlebstw które obie lubiły. Z wielką zręcznością, niby nieumyślnie przeszedł do porównania obecnego czasu z dawnym; mówił wiele o Cosel i zakończył tém, że miano o niéj wiadomość.
Denhoffowa zapytała: — A cóż się z nią dzieje?
— Siedzi w Berlinie, pod opieką króla pruskiego i używa dawnéj sobie swobody, żeby nas, króla, dwór i wszystko co się tu działo i dzieje w najszkaradniejszych malować kolorach. Jestto niewdzięczność czarna, aleśmy do niéj nawykli.
— Zresztą — dodał Löwendahl — mniejszaby o to, gdyby zawsze nie powtarzała swego, że przy pierwszém spotkaniu królowi w łeb strzeli.
Denhoffowa porwała się z krzykiem z kanapki na któréj siedziała, zakrywając oczy..., pani hetmanowa ruszyła ramionami tylko.
— Ktoby się tam tego lękał, albo na to uważał — zawołała — to są brawady bezsilne!
— Takby się zdawać mogło, gdybyśmy pani hrabinéj nie znali — przerwał Löwendahl — szczególniéj ja, który mam nawet zaszczyt być jéj krewnym. Jestto kobiéta, która nigdy nic próżno nie mówi.