Byli to dwaj ulubieńcy króla, woniejący jakiemiś zapachami, postrojeni w atłasy jak dziewczęta, z rączkami białemi, zalotne robiący minki i przybierający ruchy dziwne niewieście.
— Cóż król robi? — zapytał jeden z nich.
— Gra w karty — rzekł Villequier — zostawiliśmy go z Pibrakiem, Souvrayem i p. Bellièvre, któremu dziś nadzwyczajne szczęście służy.
— Wszystkim oprócz królowi — przerwał jeden z młodzieniaszków. — Gdybyż się choć to sprawdziło, że kto niema szczęścia w karty, temu za to miłość płaci!
— A! — przerwał Jourdain z miną poważną. — Cóż chcecie, królewna Anna szalenie w nim zakochana. To wiadomo.
Ogromnym śmiechem powitano ten żarcik.
Zaczęli szeptać coś między sobą, a Sederyn cofnął się kilka kroków przez grzeczność.
— Gdyby się nareście sejm ten skończył — głośno odezwał się Villequier — moglibyśmy ztąd wyjechać gdzieś na stronę trochę, gdziebyśmy tak bardzo na oku nie byli. Tu ze wszystkiem się kryć i zamykać potrzeba.
Jeden z młodszych nagle spytał.
— A! gdzież jest Naneta?