Sederyn, do którego po części było zwrócone pytanie, rzekł bardzo cicho.
— Oddawna na zamku.
— Jakże się przekradła, żeby ją nie widziano na mieście? — rzekł drugi młodzieniaszek — bo wiem, że ciekawi podglądają.
— Jak zwykle, ubrana po męzku — dodał gospodarz. — Niktby jej wśród waćpanów nie rozróżnił od nich.
Śmiech stłumiony mu odpowiedział.
Chłopcy wypiwszy wino, posiadali na ławach ziewając.
Wtem Villequier z kieszeni płaszczyka, który miał na ramionach, dobył karty. Wszyscy chciwie rzucili się ku niemu i na nie.
Sederynowi nie pozostało już nic, tylko światło przybliżyć i zdala się grze przypatrywać.
Gdy się tak u niego zabawiano, naprzeciw w browarze też gwarno było i pełno — ale w izbie wielkiej pospolita się gawiedź zabawiała, a honoratiores mieli osobną, do których Grocik tylko swoich wybranych, chcąc ich uczcić, dopuszczał.
W pierwszej jak giełda ogromnej można się było dowiedzieć co myślała i mówiła ulica i rynek, w drugiej co na Ratuszu i w wyższych mieszczaństwa kołach myślano i zamierzano. Z zamku przychodzili tu także nieliczni polscy króla słudzy i dworzanie, przynosząc co się im pochwycić udało.