— Zborowscy wszyscy wichrzyciele i zbóje! to wiadoma — odezwał się ławnik — jakby jednemu łeb ucięto...
— Ha! drudzyby się za niego mścili — wtrącił Smolik.
— Nie — dokończył Ławnik — musieliby siedzieć cicho. Samuel, jeźli życie uniesie, będzie czekał pogodnej chwili i zawichrzy nam znowu.
Chwilę jeszcze trwała ta rozmowa u Grocika i zgromadzeni się rozchodzić poczęli, gdy, pomimo późnej pory, szybkim krokiem, zadyszany, wsunął się, jakby pośpieszając, przestraszony drab jak żerdź długi i chudy, czarno odziany, ni klecha, ni pachołek, mizerny i chudy. Obejrzał się po przytomnych, szukając kogoś oczyma, spostrzegł Kaczera, zbliżył się do niego i coś mu, tkając papier w rękę, poufnie rozpowiadać zaczął.
Na twarzy mieszczanina pomięszanie widać było, obejrzał się bojaźliwie.
Przybyły, jakiś pisarz sądowy, usunął się zaraz na bok.
Kaczer poszedł do kaganka i pochylony nad nim z trudnością z papieru coś odczytywać zaczął.
Na twarzy jego widać było podziwienie i przestrach.
Wszyscy z ciekawością spoglądali, co mu pisarz mógł przynieść, gdy Kaczer, raz jeszcze po przytomnych się obejrzawszy, rzekł stłumionym głosem.
— Otóż jak po mieście króla i Francuzów opiewają!! a to dopiero początek. Gdy się jeden taki głos odezwie, to jak w błocie żaby, zaraz za nim tysiące kwakać zacznie.