Powszechnemu więc domaganiu się czyniąc zadość, Firlej w niedzielę przy trąbach po mieście i przedmieściach kazał obwołać, że nazajutrz głosowanie się ma poczynać.
Radość była niezmierna! Okrzyki, wystrzały, bębny, trąby, rozlegały się dokoła.
Na ostatek dobiegano do pożądanego końca.
Talwosz wpadł na zamek pierwszy z tą nowiną, która tu więcej pono trwogi niż radości obudziła. Królewna z krajczyną Łaską poszła się modlić.
Nazajutrz, trzeciego maja, obozy na polu inną postać, uroczystszą jakąś przybrały. Wszyscy czuli chwilę stanowczą, w której losy ojczyzny rozstrzygać się miały.
Talwosz, który od rana już biegał między Mazurami i Litwą, trafił pod namiotami ich na nabożeństwo.
Wszyscy jakby jedną myślą natchnieni, dzień ten rozpoczęć chcieli modlitwą.
Było w tem coś tak uroczystego, wielkiego, iż za wszelkie płochości tłumu tego płaciło, który padał na kolana, losy swe składając w ręce Boże.
Talwosz kląkł razem z Mazurami, pokrzepiony tą oznaką pocieszającą.
Księża czytali modlitwy, wzywające Ducha świętego, indziej śpiewano Veni Creator Spiritus. W chwili gdy każdy miał prawo podnieść głos, ulękli się wszyscy doniosłości jego.