— Tamtego — mówił, zbliżając się doń Leksa — myśmy i ratowali nieraz, gdy się opuszczony od rycerstwa po kraju błąkał... ot tam wedle jaskiń i wąwozów! Kmiecie za niego broń brali i krew przelewali... pamiętamy to!!

— I syn jego wam to pewnie będzie pamiętał — odparł, spierając się na ręku, zadumany gość.

Popił piwem trochę, wlepił oczy w Wiaducha, który prawił ciągle.

— W tym starym jakby ojca i brata myśmy czuli. Żył tak jako my, dla rycerstwa był surowy, dla nas dobry... pan Bóg mu to wynagrodził, boć się korony dobił...

Podróżny z ławy wstał, poruszony dziwnie i przejęty... Obejrzał się, wieczór nadchodził.

— Bóg zapłać gospodarzu, Bóg zapłać gosposiu i wam — dodał skinąwszy Bognie.

To mówiąc powoli do kalety sięgnął i zabrzęczały w niej grosze.

Wiaduch się namarszczył.

— Krzywdy mi nie czyńcie — rzekł spokojnie — za gościnę nikt nie bierze zapłaty..

— Dla czego? — zapytał podróżny.