Ks. Baryczka wstał, wuja żegnając, i wyszedł. Groch pozostał, Jaksa siedział.
Wspomnienie króla na nowo poruszyło Neorżę, chodził i pomrukiwał groźno.
Chociaż o Jaksie wiedział, że przy królu stał, nie powstrzymał języka, sądząc, że gdy się o dziewkę jego starał, potakiwać mu musi.
— Nie takiego nam tu króla było potrzeba — rzekł, to dla chłopów król, nie dla nas... On ziemian nie chce znać, ani miłować, my go też nie miłujemy.
Zarumienił się Jaksa i rzekł żywo:
— Darujcie — my co przy nim jesteśmy, kochamy go.
— A no! — na zdrowie! — szydersko rzekł Neorża. Twarz mu się krwią cała zalała.
Jaksa wstrzymać się nie mógł, powstał z ławy.
— Tak — dodał, my, co mu służemy, miłować go musimy, bo dobry, i sprawiedliwy, i dobrze pragnący pan jest, a nieszczęśliwy.
— On! — mruknął Neorża — on! a co mu jest? Skarb, co za starego stał próżny, u niego pełen; dwadzieścia tysięcy grzywien wyliczyć niemcowi, to u niego nic; klejnotów i sreber jak lodu... Cóż mu brak?