Kochan wytrzymał ten raz, jak policzek mu w twarz rzucony...
— Nie zbędziesz się mnie tak łatwo — rzekł — ani się ja zlęknę ciebie. O panu Bogu prawisz, a z szatańską złością na najlepszego z panów następujesz, drugim serce psowasz i do buntu ich podbudzasz...
Król może ci przebaczyć, ale my, co koło niego stoimy na straży... nie darujemy... choćby żywotem płacić przyszło.
— Ja też, choćby żywotem płacić, prawdy nie zamilczę — zawołał Baryczka — precz!
Chciał iść przebojem, silny Kochan za ręce go porwał i jak żelazem przykutego trzymając, wołał:
— Klecho zuchwały, jeśli ci życie miłe... strzeż się a milcz...
Ostrzegam cię, abyś wiedział, co cię czeka. Zginiesz...
Mało ci tego, że po kątach króla bezcześcisz, jeszcześ biskupa nam nasadził... jeszcze nam klątwami nad głową machacie... Nim ona klątwa na nasze głowy przyjdzie, twoja gęba zamilknie...
Im bardziej się rozzuchwalał i rozsierdzał Kochan, tem ks. Baryczka, w początku roznamiętniony i oburzony, więcej sobą zawładywał i na pozór spokojniejszym zdawał. Kapłańska powaga przyoblekała go, a przed śmiałem wejrzeniem Kochan zmięszany, spuszczać musiał oczy... Głos mu drżał, zabełkotał i zamilkł.
Ksiądz poczuł wyższość swą i zapominając o miejscu, w którem się znajdowali — podniósł głos...