— Precz... Myślisz, że cię się ulęknę, albo pogróżek twych? Wyście to nad króla winniejsi, posługacze namiętności, czeladź rozpusty, stręczyciele swawoli... ty, ty pierwszy... kara cię nie minie... bezwstydny...
Nie pohamujesz mnie strachem, ale mnie do nowej pobudzisz gorliwości... Gniew twój sprawia mi rozkosz... Łajanie jest mi czcią... Precz synu Beljala!
Pomimo zgiełku i wrzawy w izbie, rozmowa księdza z Kochanem długo nie mogła przejść niepostrzeżona. Swiniagłowa domyślił się zajścia i usiłował ku nim przecisnąć, pochwycił za rękę, Kochana, który go odepchnął...
Baryczka rozogniał się coraz więcej...
— Wezmijcie go, a wyżeńcie precz w ulicę! — krzyknął do Kuby — bo człowiek ten kala dom, którego próg przestąpi, przynosi z sobą srom, ciągnie nieszczęście...
Rozbójnicy, co po drogach łupią i mordują, lepsi są od niego, bo ciału śmierći zadają, a ów duszę zabija...
— Klecho! — wrzasnął Kochan, któremu na twarz wystąpił rumieniec — przysięgam, nie zginiesz, tylko z mej ręki... a zgniotę cię tak, że nawet śladu i pamięci nie zostawisz po sobie, warchole, który szukasz sławy, rzucając błotem na namaszczonego!
Pamiętaj te słowa — zginiesz...
Pogróżka, która przeraziła Kubę, bynajmniej nie ustraszyła Baryczkę, ruszył ramiony. Podnosił się teraz duchem coraz wyżej i stał spokojny.
— Szatan potężniejszy od ciebie jest — rzekł — przecie się go nie lękam... Zginąć za prawdę i za kościół mogę, Bóg mnie pomści... ty zginiesz w błocie i plugawstwie...