Królu a Panie, wołam do Ciebie głosem Bożym, popraw się... wyzywam Cię do upamiętania.
Kaźmirz w ciągu tego natchnionego wołania stał u okna i patrzał w nie oczyma nieruchomemi. Widać tylko było niecierpliwe drganie, które tamował. Postanowił nie odpowiadać więcej, i raz odwróciwszy się od Baryczki, nawet już nań nie spojrzał.
Było w tem coś tak wzgardliwego, tak groźnego, że ks. Marcinowi słowo na ustach zamarło...
Zmięszał się — umilkł.
Po za nim w otwartych drzwiach, zgromadzony dwór szeptał, burząc się. Słyszał, jak mówili:
— Precz go wyrzucić! precz!
Lecz nikt zbliżyć się i tknąć go nie śmiał.
Nastąpiła chwila milczenia.
Kochan do drzwi przyparty, z pięściami zaciśniętemi, rozjadły, wstrzymywał się całą siłą od zuchwałego kroku w obec króla. Kilka razy chwytał za mieczyk i rzucał go.
Tuż za nim Przedbór i Pakosław Zadory, jakby na rozkazy jego oczekujący, z tem samem co on uczuciem, spoglądali na nieustraszonego księdza...