Starszyzna dworska, widząc ich tak oszalałych, szeptała wstrzymując i nie dopuszczając, aby się na Baryczkę porwali...
On stał chwilę jeszcze...
— Spełniłem, co mi nakazano — odezwał się w końcu — pomnijcie, że klątwa wisi nad głową waszą.
Nie odwrócił się król, Baryczka zatrzymał się oczekując słowa, gdy Kaźmirz bliżej jeszcze się ku oknu przysunął, i jakby coś w podworcu widział, co go najmocniej zaprzątało, cały się tam pochylił.
Ks. Marcin zawahał się nieco, potem krokiem śmiałym zawrócił do drzwi, i pomiędzy rozstępującemi się dworzany nazad do pierwszej izby wszedł...
Otarł się prawie o stojącego przy progu Kochana, który go za rękaw komży pochwycił.
— Com ci przyrzekł, to dotrzymam! rzucił mu w ucho. Zginiesz, klecho!
Baryczka nie zdawał się słyszeć groźby, modlił się, i powolnie nazad do zakrystji iść począł. Zdala za nim gawiedź ciekawa krocząc, przeprowadziła go aż do drzwi kościelnych, w których zniknął.
Wprost przed wielki ołtarz podszedłszy, kląkł się modlić.
Z niecierpliwością i niepokojem oczekiwał powrotu jego biskup. Dłuższy, niż się spodziewano, czas upłynął, nim się zjawił z twarzą posępną Baryczka.