Spojrzeli na siebie — Bodzanta czytał w jego twarzy...

Sił zabrakło mężnemu szermierzowi na opowiedzenie smutnej wyprawy swojej, wyczerpały się one bezsennością, modlitwą, samem tem wystąpieniem bohaterskiem, odepchniętem wzgardą milczącą.

Bodzanta, widząc go drżącym i osłabłym, sam mu przyniósł kubek wina i zmusił, aby w nim umoczył usta.

Ten rozogniony niedawno, gotów na męczeństwo kapłan, łzy miał na oczach teraz i drżał znękany. Zdało mu się niepojętem to, co go spotkało. Był pewien tej siły, o którą się modlił, i pewien skutku — niemoc własna przyprowadzała go do rozpaczy, upokarzała.

Nie mógł jej inaczej sobie tłómaczyć, tylko tem, że niegodzien był łaski Bożej, o którą się modlił, aby nań spłynęła.

Bodzanta gniewnym był, oburzał się.

— Nie lęka się klątwy król, zawołał — więc mnie do rzucenia jej zmusi! Nie ulęknę się i ja jej skutków... Stanie się, co Bóg przeznaczył — imię Jego niech będzie błogosławione...

Smutnie głowę zwiesił na piersi.

Pozostawała ta jedna ostateczna broń... Wojna była wypowiedzianą, zgoda bez upokorzenia niepodobną. A jednak, choć gotowym się opowiadał do użycia oręża tego Bodzanta, wahał się jeszcze...

Baryczka łzy ocierał...