Na biskupstwie milczenie było, znękanie, nieokreślona jakaś obawa jutra i niepewność. Stał Pasterz na skraju, nad ostatecznością doniosłości największej, przed którą się cofnąć nie mógł.

Przerażała go ona...

W ostatnich czasach rzadsze coraz stawały się klątwy i interdykty, w samym Rzymie nie pochwalano pośpiechu, nie doradzano ich, widząc, że wielka siła tego duchownego oręża osłabła znacznie.

Kaźmirz miał u stolicy apostolskiej jeśli nie takie zachowanie co ojciec, to poszanowanie pewne i obrońców. Sam Arcybiskup Gnieźnieński był z nim i musiał stanąć w jego obronie.

Gotowała się więc dla biskupa Bodzanty ciężka do spełnienia ostateczność, brzemienna nieobrachowamemi następstwy. On sam, kościół, wierni cierpieć mieli, królestwo narażone być mogło, nieprzyjaciele korzystać z osłabienia władzy króla...

Lecz cofnąć się nie czas było...


Król nie odwrócił głowy ku wychodzącemu Baryczce, nie spojrzał nań, nie odpowiedział nic, lecz gdy po chodzie i ruchach, domyślił się zbliżającego Kochana — będąc pewien, że ksiądz odejść musiał. — Spojrzał nań — Rawa widokiem twarzy, nagle zwróconej ku sobie, przeraził się i zadrżał. Rzadko Kaźmirza szlachetne rysy, którym wiek dał już marmurowy spokój i majestat, tak silnie odbijały, co się w duszy jego działo. Królewski kunszt zamykania uczuć we wnętrzu, aby świat im ani się dziwić, ni cieszyć, ani mógł urągać, posiadał Kaźmirz w wysokim stopniu. Rzadkie godziny swobody w małem kółku dawały poznać, co cierpiał i czego doznawał. Nawet ten nieprzezwyciężony smutek groźnego przeczucia, iż bezpotomnym być ma, i z rodu ostatnim, umiał król zamykać w sobie. Wylewał się z nim tylko przed najbliższemi...

W tej chwili poruszonym był tak silnie, obrażonym tak boleśnie, iż zapomniał o godności swej, a wiedział może, iż nikt obcy go nie zobaczy, i nie zdradzi.

Kochan, którego postawa i oblicze kipiały jeszcze uniesieniem gniewu, zamienił z nim wejrzenie tylko — król mniej niż zwykle pewnym krokiem poszedł ku siedzeniu swemu przy stole, padł na nie i sparł się na ręku.