Przeor, który zmęczony nic dotąd nie mówił, rzekł głosem cichym, przerywanym oddechem ciężkim.
— Tak... tak... wszystko trzeba bacznie roztrząsać... Djabeł nie śpi.
Gospodyni słuchała z uwagą wielką.
— Przebaczcie mi, ubogiej na duchu — odezwała się — ale jakiż błąd być może w surowej pokucie?
Ks. Ireneusz z uśmiechem odparł:
— Wieleby o tem mówić trzeba... a ja, duszyczko pobożna, jedno tylko powiem. Gdzie kapłana nie ma jako przewodnika, tam się łatwo ludzie obłąkać mogą. Tu zaś, pomiędzy tymi Biczownikami, o kapłanach nie słychać. Jacyś nieznajomi, nieświęceni, samozwańcy wodzowie, prowadzą te gromady.
Niewiasty i mężczyźni różnego wieku idą pospołu, żyją pospołu... hm! hm! nie zdaje mi się, by to czysta sprawa była...
Gospodyni zadumała się nieco.
— Grzesznicą jestem — rzekła — wielką i niegodną łaski Pana... nieświadomą rzeczy wielu, ale mi się ta pokuta publiczna, to życie jej oddane całe, ta krew brocząca goścince nieprawości, wydaje tak piękną! tak piękną!
Przeor się zmarszczył.