— Winien on, tak, tak — począł otyły przeor — ale zausznik winniejszy. Ten jest kamieniem obrażenia, ten wszego złego sprawcą... ten...

Baśka już myślą być musiała gdzieindziej i spytała.

— Sąż już u nas gdzie ci Biczownicy?

Ireneusz się uśmiechnął.

— Bądź spokojna, duszyczko moja, rzekł trochę szydersko, nie miną oni Krakowa...

— Bogdajby — westchnęła Baśka.

Gdy to mówili, półmiski stygły — i ks. przeor okazał ruchem ręki, że radby począć wieczerzę. Gospodyni przybliżyła mu mięsiwo i wychudłemi rączkami poczęła kubki nalewać.

Ks. Paweł, oczyma się porozumiawszy z towarzyszami, zagaił inny przedmiot. Z poszanowaniem go słuchając gospodyni, widocznie o czem innem myślała. Zatopiona w sobie, roztargniona, machinalnie posługując gościom, dumała, nie odzywając się prawie — biczownicy ci z myśli jej nie schodzili.


Wśród tego milczącego Krakowa, który klątwa przez Biskupa rzucona, okryła żałobą — jednego dnia letniego powstał ruch nadzwyczajny...