W rozmaitych miasta dzielnicach — z niewiadomej przyczyny, ludność, rzuconem słowem jakiemś poruszona — wybiegała z domostwa, wyglądała z wrót, szła ku czemuś niewidomemu i pierzchała strwożona.
Niektórzy palcami ukazywali w dal, inni bojaźliwie poszeptawszy z przechodniami, do domów zbiegali, zamykali wrota. Ciekawość i trwoga malowały się na twarzach wszystkich.
Przed kościołem ks. Dominikanów stał ks. przeor w towarzystwie Ojca Ireneusza. Oba mieli na sobie płaszcze jak do wyjścia, lecz zdawali się wahać — czy wyruszą lub zatrzymają się w miejscu...
— Nie mamy po co śpieszyć, ani iść przeciwko nim — mówił ks. Ireneusz. — Grzeszna to sprawa, której z miasta i z kraju potrzeba się pozbyć co najprędzej. Chociaż naszemu bratu Ojcu Rainierowi przypisują, że on pierwszy do tej pokuty wołał, i onych Biczowników stworzył — ja nie wierzę, aby Tomaszowe dziecię herezję taką uknuło... Ludzie źli, wzięli myśl dobrą i wypaczyli ją.
Przeor zamruczał coś, niespokojnie się oglądając.
— Rajnier nie Rajnier, przemówił wzdychając, jakby mu ta cała sprawa wielką przykrość sprawiała — niedorzeczeństwo jest...
Ludzie się tego morowego powietrza ulękli...
— Juści, niezaprzeczenie to kara Boża — odparł Ireneusz — ale i to kara, gdy herezja nowa wyrasta... Nową sobie wiarę chcą tworzyć! kto? szaleńcy jacyś... Już lat bodaj trzy temu, gdy Ojciec święty potępił ich.
— Myśmy się dopiero o tem dowiedzieli, no i Biskup też wie..., rzekł przeor. Nie dadzą im tu popasać, rozpędzą.
— Oni sami dłużej nigdzie nad dzień nie popasają — odparł ks. Ireneusz...