Dobrej myśli zawsze, do rozmowy swobodnej ochoczy, do uczty towarzysz chętny, niezbyt dla ludzkich ułomności surowy — ks. Jan miał wielką miłość u wszystkich — lecz surowsze duchowieństwo koso nań spoglądało, o co on wcale się nie zdawał troszczyć.
Król bardzo go lubił; i jak mógł, ku sobie przynęcał i przy sobie utrzymywał.
W czasie łowów, na odpoczynku w lesie, ległszy przy królu, ks. Jan wczorajszą rozmowę wznowił.
— Miłościwy panie! szukajcie oblubienicy — ksiądz i stuła gotowe!..
Kochan prawi coś o Rokiczanie.
Spojrzał na Kaźmirza, który drgnął, bo od wczora ją też miał na myśli.
— Niewiasta, jakiej się i na cesarskim dworze dziwowano, i pierwsze jej miejsce dawano — rzekł Kaźmirz. — Nie kryję się z tem, podobała mi się bardzo, przylgnęło do niej serce moje... Na skroniach jej i korony nie będzie nadto...
— Gdy się lat tyle dręczyło, mając to, czego kochać nie było można — odezwał się Opat — czas wziąć sobie to, co się miłuje. Alboż to królowie mieszczanek nie zaślubiali, a w rzymskich dziejach, ba i w innych są przykłady i dziewek chłopskich? Jeśli sercu miła... na co innej szukać?
Król zarumienił się i rękę doń wyciągnął.
— Czekajcie mało, księże Opacie — rzekł — któż wie? wezmę was może za słowo...