— Jakież słowo?

Rawa zamilkł...

— Posłyszycie sami — odparł. Bądźcie dobrej myśli, mnie się widzi, że was większe szczęście spotka, niż się spodziewacie.

Uśmiechnął się — i odszedł, zostawując ją w rozmysłach — co król za słowo ważne mógł jej przywieźć.

Dnia tego już nie było co począć dla spóźnionej pory, wrócił więc do Wujka i jego Zoni, z którą cały wieczór na wesołych żartach i swawoli przepędził, bo dziewczyna była śmieszek niezmordowany, zalotna bez miłosierdzia — i świeża jak jagódka. Przyszło do tego wśród żartów i dwuznacznych słówek, że Zonia Kochanowi szepnęła.

— Jeżeli Rokiczanę ztąd weźmiecie do Polski dla króla — wiecie co? mnie jej dajcie za starszą służkę. Będziemy tam wieczorami tak się we dwojgu zabawiali jak tutaj.

— Albo i lepiej! zawołał Kochan, śmiejąc się. Dobrze! Byleście chcieli...

— Pojadę — ale z Rokiczaną... Będę wam jej pilnowała...

Poszeptała coś Kochanowi na ucho.

— Juści tak czy owak, a panien do boku jej potrzeba dodała...