Ludzie mogą kamieniem rzucać na mnie, nawykłem do pocisków...
Ks. Suchywilk stał, nic nie mówiąc, i błagając go oczyma. Król zbliżył się i uścisnął go.
— Ojcze, rzekł — zostawcie to spowiednikowi mojemu, proszę...
Z westchnieniem, nie mówiąc już więcej, ks. Suchywilk pokój królewski opuścił.
Kaźmirz powołał Kochana, kazał podać płaszcz, iść za sobą, i nie mówiąc, dokąd się wybrał, zamek opuścił.
Godzina była późna — pomimo to przez zasunięte okiennice w domu Esthery światło widać było. Piękna gospodyni, strojna z całym przepychem, który lubiła, a było jej z nim do twarzy, od dawna oczekiwała na króla. Jak zawsze, napój mu najulubieńszy, przysmaki, o których wiedziała, że mu były najmilsze, woń nawet w komnacie dla niego dobrana, starannie przygotowane były. Esthera z tym instynktem serca, które odgaduje co ukochanemu miłem być może w najmniejszych drobnostkach, chwile, które u niej przepędzał, starała mu się uczynić wytchnieniem rozkosznem. Jej ubiór nawet zastosowywał się do smaku pana, do wyrzeczonego czasem słówka pochwały, lub rady.
Dla Kaźmirza była ona zawsze piękna, lecz rad ją przystrajał jeszcze, lubując się wdziękiem, coraz inaczej mu się przedstawiającym.
Równie jak zastawa stołu, przygotowaną była rozmowa, aby nie nużyła króla, aby dlań była rozrywką i zabawą. Esthera z ksiąg wschodnich, które czytywała rada, czerpała poetyczne legendy i opowiadała je naiwnie. W niektórych z nich tkwiły myśli, może nie bez celu rzucane.
Choć czasem serce jej smutne było i uciśnięte, układała twarz wesołą, zmuszała się dlań do uśmiechu; nie okazywała zachmurzonego czoła, a nadewszystko nie zażądała nigdy dla siebie nic, co było najlepszym sposobem pozyskania wszystkiego, co chciała.
Kaźmirz, jak wielu podobnego charakteru ludzi, zrażał się żebraniną; a milczenie podbudzało w nim chęć odgadnienia życzeń i myśli.