— Z Krakowa wprost jadę, odezwał się Wierzbięta zwolna, kazał mi was król pozdrowić.
Skłonił głowę Maciek.
— Bodaj nam zdrów jak najdłużej panował, rzekł z cicha.
— Rad się o Wielkopolskę wypytywał, ciągnął dalej przybyły — alem ja niewiele powiedzieć mógł, bo wiem szczupło. Rychlejbyście wy, albo wuj wasz Beńko, mogli mu o tem donieść.
— Jam się też po piśmie naszem do miłości jego wybierał, rzekł Borkowicz, postękując. Chciałem sam królowi z tego sprawę czynić, ale u nas tyle do czynienia jest, że się pański Starosta oddalić nie może.
Beńko stary i powolny, na mnie ciężar wszystek, a po lasach, po gościńcach rozboje ciągłe, warchołów dużo, i żelazną ich ręką karcić trzeba.
Słuchał z uwagą Wierzbięta.
— Juściż będziecie się mieli kim wyręczyć — rzekł, a choć na królewskie gody przybędziecie.
Wspomnienie to poruszyło znowu Starostę, tak, że ledwie się mógł utrzymać nie zdradzając.
— Jakie gody? zapytał, zdziwienie grając.