Maciek słuchał i uszom nie dowierzał.

Nie było już co mówić więcej, nie powiodło mu się cale, brwi namarszczył i dokończył tylko.

— Bądźcież na mnie łaskawą.

Esthera nic nie odpowiedziała.

Wyszedł starosta zasępiony i pełen podziwu... a że tego dnia z przyjacioły u Neorży się spotkał, zaniósł tam zdumienie swoje.

— Widział z was który tę żydowicę? zawołał — mała rzecz, że piękna, choć już na twarzy przywiędła, ale to baba na cztery nogi kuta! Jam u niej był dzisiaj. Zaniosłem jej naszyjnik, który mi sprzedano drogo i choć narzeczonej byłbym go mógł dać — nie wzięła. Mówiła ze mną tak, jakby w istocie królową była a nie miłośnicą i dziewką Judasza z Opoczna... Powiada, że z Krakowa idzie precz...

Drudzy głośno zaprzeczając, zakrzyczeli go.

— Ale... ale — wołali — królby się jej miał pozbyć! a tożby nie wyżył bez niej? Dnia nie ma, żeby tam nie przekradł się i nie spoczywał. Zadała mu jakieś ziele, jak to one wszystkie czarować umieją. Nie wyśliźnie się z jej szpon.

Borkowicz dumał, i rzekł po cichu.

— Tem lepiej!