Maciek każdy ruch jej śledził, patrzał i burczał coś cicho.

— Słyszeliście? — zawołał.

— A wy? słyszeliście? — odparła zwracając się ku niemu z twarzą zaognioną stara.

— Myślicie, że na tem koniec? — rozśmiał się Borkowicz.

— Sądzicie, że się was kto boi? — poczęła ochmistrzyni. — Królowa powiada, żeście jej ten wasz sławny pierścień gwałtem z palca zdarli.

— Gwałtem? a gdyby i tak było!? — krzyknął Borkowicz, — toć przecie nie wołała, gdym gwałt jej czynił, i była ze mną tam, gdzie jej nikt na pomoc przyjść nie mógł? Hę? Rozumiecie, co to znaczy?.. Samaby się potępiła, przyznając do tego. A pocoście mnie puszczali tam, gdzie ja mógłem pierścienie z palca zdejmować?..

I śmiać się począł głosem dzikim. Stara ochmistrzyni zdrętwiała. To, co mówił, w istocie strachem nabawić mogło. Konradowa nierychło znalazła w głowie odpowiedź.

— Cóż myślicie? — zawołała — królowę oskarżyć, aby ją zniesławić? Jej się nie stanie nic, bo ją obraniać muszą, a wy głowę dacie...

Borkowicz groźno zmarszczony, zawołał pięść podnosząc.

— Ja swojej głowy wiem jak bronić, o to się wy nie frasujcie. Patrzcieno siebie.