— Co trzeba... to trzeba, a sprawa...

Nie dokończywszy, głową począł rzucać i oczy w podłogę wlepił.

Nastąpiła chwila milczenia.

Panosza zdawał się szukać w sobie tego co mu czynić wypadało.

— Ojcze — rzekł po namyśle krótko, dajcie mi się rozwiedzieć. Hm?

— Idź, jedź, bierz kogo chcesz... odparł wojewoda, a powracaj mi prędko z językiem...

Posłyszawszy to sługa, pokłonił się, mruknął — pojmuję — i odszedł.

Wojewoda, zwierzywszy mu sprawę, trochę się uspokoił. Wieczorem, choć noga dolegała, dawszy ją sobie obwiązać, o kiju wyszedł do jadalni, bo mu się w komnacie ciasnej i bez ludzi nudziło.

Strzegł się wydać słówkiem z tem co go zajmowało, ale dwór już wiedział, że Panoszę u siebie miał i różnie odgadywano.

Beńko wesołość udawał, choć jej nie miał. Usta się śmiały, czoło było zasępione.