Borkowicz zdumiał się wielce. Spojrzał na ubogo odzianego klechę pogardliwie, pomyślał trochę i rzekł wstając...
— Idźcie za mną, kiedy zechcecie — ciekawym co mi powiedzieć możecie... Znajdziecie mnie obok...
Proboszcz, chwilkę zabawiwszy w wielkiej izbie — nieznacznie za Borkowiczem się wysunął.
Czekał on nań w ciasnej izdebce, która wysłanemi na podłodze łożami gości była zapełnioną. Na jednem z nich, ręce pod głowę założywszy, leżał starosta.
Dał znak księdzu, aby w głowach na ławie przysiadł.
— Co mi masz do powiedzenia? —
Proboszcz zbierał się długo nim odezwał. Szyderski ton Starosty drażnił go.
— Mam polecenie do miłości waszej — rzekł — bo inaczej bym mu pokoju nie mącił. Posłem jestem, a że do tego nie nawykłem, źle się może sprawię, lecz spełnię powinność.
— Mów, co masz, a w płachty nie zawijaj — rozśmiał się Borkowicz, domyślając, że duchowieństwo mogło życie jego jawnie rozwiązłe naganiać, i sposobiąc się ostro klechę odprawić.
Wtem ksiądz mówić zaczął spokojnie, powoli, i od pierwszych słów Maciek z lekceważącego i urągającego zmienił się, przybierając twarz surową i zasępioną.