— Gdyby gardło dał... małoby było, — rzekł. Pod pręgierzem język mu kłamliwy wyrwać kat powinien i kara taka jak na ojcobójców, jak na świętokradzców... Większej nie znamy.
Wzdrygnął się król i zadumał. Gniew zwolna ustępował, wrodzona mu dobroć brała górę.
— Chciałem sumienie moje mieć przez was objaśnione, — odezwał się, — dosyć mi na tem... Przebaczyć mi niepodobna, przykładu potrzeba... Zginąć powinien...
— Zginąć jako ojcobójca — powtórzył sędzia z przyciskiem. — Zaszyty w wór, razem z wężem, kotem...
Król dał znak ręką, że więcej słyszeć nie chciał. Myśl jakaś przeszła mu snać po głowie.
— Dziękuję wam — rzekł, odprawiając sędziego. — Zachowajcie przy sobie, coście słyszeli odemnie. Milczenie nakazuję. Nie chcę, by złoczyńca, zasłyszawszy zawczasu co go czeka, uszedł od słusznej zemsty mojej do swych przyjaciół Brandeburgów, do moich nieprzyjaciół Krzyżaków.
Szybko zwrócił się król ku drzwiom drugim.
— Kochan! — zawołał, głos podnosząc, pewien, że blizko być musi.
Rawa stał już w progu, gdy Ślepiec schylony do ziemi pokłonem, wysuwał się drugiemi drzwiami.
Zobaczywszy go, Kaźmirz się przeszedł po izbie milczący, jakby chciał sobie dać czas z gniewu ochłonąć.