— To mało! — zawołał król uderzając o stół ręką.

— Rodzaj śmierci może monarcha sam naznaczyć... wedle stopnia winy, — rzekł sędzia.

— Wina większą być nie może nad popełnioną przez tego złoczyńcę, — odparł Kaźmirz. — Obsypałem go dobrodziejstwy, przebaczyłem mu wielekroć. Świeżo przekonanemu o zabójstwo darowałem życie.

— Maciek Borkowicz? — spytał cicho Ślepiec.

— Imieniem tem ohydnem ust sobie kalać nie chcę... — podnosząc głos począł król.

Stało się milczenie na chwilę.

Sędzia z oczyma wlepionemi w podłogę, zamyślony, ważył co powiedzieć miał. — Król czekał.

— Pomnij, — wtrącił, — że nietylko zdrajcą go dziś uznaję, czemu niedawno wierzyć nie chciałem, lecz... na królowej cześć potwarz śmiał rzucić!.. Na niewiastę, na ukoronowaną małżonkę naszą!..

Sama ona ze łzami i skargą na niego przyszła do mnie... Dowodów nie potrzebuję, obrona niemożliwa, wina jawna!

Sędzia myślał.