Już się miało ku wieczorowi, gdy najmniej o tej godzinie spodziewani panowie jacyś na drodze się pokazali. Był to w istocie król, w towarzystwie starosty mielnickiego. Ten, nie chcąc być N. Panu zawadą w jego poufałych stosunkach z piękną Bondarywną, u wrót zapragnął rozpatrzeć się w pięknym parowie sąsiednim i pozostał tu na straży, a król wszedł sam na podwórko.

Natałka już go poznała z daleka, lecz nie spieszyła na spotkanie; gniewała się trochę na niego, choć był królem. Sydorowa z nizkim wyszła na przeciw pokłonem.

— Jak się macie? — zawołał wesoło król, zbliżając się do niej — trochę długo być u was nie mogłem.

Obejrzał się, szukając oczyma dziewczyny, która uparcie w chacie siedziała.

Ucałowawszy rękę pańską, Bondarowa wprowadziła gościa do izby. Na widok jego, zarumienione dziewczę powstało nadąsane. Uśmiechnął się król.

— Dawnoście u nas nie byli — bąknęła po przywitaniu Natałka — ja już myślałam, że o nas król na wiek wieków zapomniał.

— O, nigdy! — żywo odparł ujęty wymówką Poniatowski.

— Nigdy? nigdy? — spytała niedowierzająco Bondarywna.

— Nigdy! — powtórzył król, siadając — bądźcie tego pewni. Takich pięknych oczów, jak wasze, któżby mógł zapomnieć?! Wy to prędzej o mnie dla innych zabędziecie.

Dziewczę potrzęsło głowę.